środa, 7 maja 2014

22.


…And all I need is just one thing – it’s you to take my hand…

Wracała z pracy, po sześciu godzinach zajęć pod rząd i po pierwszej lekcji niemieckiego. Była wykończona i jeszcze przypomniało jej się, dlaczego nigdy nie lubiła tego języka i mimo wielu godzin w liceum i potem lektoratu na studiach, pamiętała tylko kilka podstawowych słów i zwrotów. Mieszkanie tutaj też niewiele jej dawało, bo w pracy i po niej rozmawiała głównie po angielsku. Czasem w sklepie musiała coś wyprodukować. Ale wiedziała, że jeśli ma zostać w Niemczech na dłużej, przyjdą w końcu sytuacje, w których będzie jej potrzebna znajomość niemieckiego właśnie. W jej grupie była dwójka Czechów, Turczynka i Włoch, a lektor był sympatyczny, mniej więcej w jej wieku. Jakiś nowy, nie znała go wcześniej. Zapowiadało się nienajgorzej.

Sytuacja z nieodwołanymi rzekomo zajęciami z piątku faktycznie się rozeszła – nikt do niej po prostu nie wracał, a kursanci dowiedzieli się tylko, kiedy zajęcia będą odrobione. Dzisiaj właśnie miała zajęcia z tą grupą i śmiali się, że może im częściej robić takie niespodzianki. W ramach rozgrzewki opowiadali jej po angielsku oczywiście, co robili w tym niespodziewanie wolnym czasie. A że byli akurat na Past Simple, ćwiczenie zgrało się idealnie z tematem lekcji.

Z Paddy’m widywała się codziennie. Było tak, jak tuż po jej przyjeździe do Niemiec – prawie wszystko robili razem. Z tą różnicą, że teraz jako para. Podobało jej się to, że chociaż od poniedziałku była zawalona pisaniem planów zajęć albo sprawdzaniem testów, a on musiał nagrywać, robiła to, siedząc z nim w studiu. Mogli się widzieć i spędzać wspólnie przerwy. Ale dzisiaj akurat miał wolny wieczór, o czym jej wcześniej nie powiedział. Teraz stał pod jej blokiem, oparty o samochód i szczerzył się do niej, dumny ze swojej niespodzianki.

- Cześć, Mag! – podszedł do niej i cmoknął w policzek. – Ciężki dzień? – wywnioskował chyba z jej miny i okularów na nosie, których zapomniała zdjąć. Nosiła je tylko na zajęciach, kiedy wysilała wzrok więcej niż normalnie. Teraz on je zdjął i pocałował w policzek. Zdjął jej też z ramienia torbę z laptopem i książkami.
- Teraz już o wiele lżejszy – uśmiechnęła się z wdzięcznością. – Dobrze cię widzieć. Popatrzyli na siebie przez moment.
- To co, zaniesiemy to na górę i jedziemy do mnie? Chyba, że potrzebujesz więcej czasu?
- Jakieś 10 minut w łazience.
Weszli do niej, Paddy usiadł, a ona wzięła ubrania na przebranie i zniknęła w łazience. Wzięła błyskawiczny prysznic, poprawiła makijaż, rozpuściła włosy i trochę nad nimi popracowała, żeby nie wywijały się na wszystkie strony.
- Ok, możemy iść. – stanęła przed nim, pachnąca perfumami, jedną ręką zapinając kolczyk, a drugą sięgając po marynarkę leżącą na fotelu. Paddy podniósł wzrok znad ipada i zobaczyła w jego oczach czysty zachwyt.
- To chodźmy. – powiedział tylko i chrząknął. Magda uśmiechnęła się do siebie. Była bardzo ciekawa, dlaczego właściwie zabiera ją do siebie, skoro już przyjechał do niej, ale domyślała się, że coś knuje, bo był jakiś tajemniczy i mówił o wiele mniej, niż zazwyczaj.


wtorek, 6 maja 2014

21.


Then I should think ‘bout going home, that’s where I want to be alone…

            Siedziała na ławce już dobre pół godziny, kiedy wreszcie podjechali. Wsiadła i dostała tylko szybkiego buziaka w policzek i pełne lekko kpiarskiego uznania spojrzenie na jej „wazonik”, po czym szybko przeszła do tyłu widząc, że między Svenem a Paddy’m toczy się jakaś poważniejsza rozmowa, w dodatku po niemiecku. Po chwili jednak przyszedł do niej.
- Przepraszam, chciałem coś dokończyć, to było dość ważne.
- Jasne, nie ma problemu.
- Jak tam? – zapytał, przeczesując włosy.
- Świetnie. Zobacz, co dostałam. – pokazała mu z dumą swoje kwiatki. – Ale nie wiem od kogo… Przyniósł je jakiś „mesążeh”, a na bileciku są tylko jakieś gryzmoły…
- Osz ty… Ciekawe od kiedy gryzmoły są ‘sooo cute?’ – wytknął jej, imitując słodki ton i zaczął ją łaskotać. Skończyło się tak, że byli oboje oblani wodą z różyczek, wygnieceni i czerwoni na twarzach od szarpania się. I właśnie wtedy Sven zaparkował pod kościołem.
- No, to zapraszam na niedzielną uroczystość. – wyśmiał ich wygląd. – Ja siadam osobno.
- Bardzo śmieszne. Mogłeś nas uprzedzić, że to już. – burknął Paddy, próbując rozciągnąć harmonijkę na koszuli. W końcu wetknął ją do spodni. Magda uczesała się i przypudrowała, i stwierdziła, że nie ma tragedii. Poszli. Na stole tuż przy wejściu leżały kartki z przebiegiem Mszy w trzech językach – niemieckim, francuskim i angielskim. Ucieszyła się bardzo, bo ani po niemiecku, ani po francusku nie potrafiła swobodnie się modlić. Ani nawet swobodnie zrobić zakupów, tak swoją drogą…

            Kiedy więc zapakowali się z powrotem do busa, po Mszy, kolacji, lodach i krótkim spacerze, powiedziała Paddy’emu o swoim pomyśle na kurs niemieckiego.
- Świetny pomysł! – ucieszył się. – Myślałaś o tym jeszcze przed przyjazdem do Niemiec chyba?
- Tak, ale jakoś się potem rozeszło przez organizowanie mojego nowego życia. A teraz na spokojnie mogłabym do tego wrócić.
- Może ja będę cię uczyć?! – podekscytował się Paddy.
- Mhm, już widzę efektywność tych lekcji.
- A co, na widok lektora nie mogłabyś się skupić na materiale? – uśmiechnął się, cmokając ją w szyję
- Nie, raczej ty na widok kursantki nie mógłbyś wydobyć z siebie słowa w żadnym języku… - odgryzła się.
- No, to akurat prawda… - przyznał rozbrajająco, oparł głowę na jej ramieniu i zamknął oczy. – Hej, chyba o czymś zapomniałaś! – krzyknął i wyprostował się nagle, aż podskoczyła. Parsknęli śmiechem oboje.
- Słuchajcie, ja tu się muszę skupić! Spokój tam! – zamarudził Sven zza kierownicy, ale z przymrużeniem oka.
- O czym? – zapytała, trzęsąc się ze śmiechu.
- O podziękowaniach!
- O podziękowaniach? W liczbie mnogiej? Za jeden mały bukiecik i gryzmoły? Chyba za bardzo się cenisz…
- Nie, ja cię dzisiaj… - i rzucił się na nią z tymi swoimi długimi paluchami, łaskocząc ją tak, że mało się nie udusiła, a nie miała gdzie uciekać, bo siedziała przy oknie.
Kiedy wreszcie się poddała i trochę się uspokoili, podziękowała mu. Za każdą różyczkę w bukiecie osobno. A za gryzmoły to już w ogóle…
- I jeszcze obiecałaś mi Riquewihr. – powiedział, kiedy na chwilę przestali się całować. Kiedyś zgadali się na temat tej miejscowości w Alzacji. Że oboje byli nią zachwyceni i chętnie by tam wrócili. Teraz był najwidoczniej czas na taki powrót.
- Pamiętam. I bardzo chętnie zrealizuję tę obietnicę. Tylko kiedy?
- No, przecież w przyszłą niedzielę. Tak napisałaś… - zrobił minę dzieciaka czekającego na obiecaną zabawkę.
- No tak, nad czym ja się w ogóle zastanawiam. – zmierzwiła mu włosy. – Jeśli masz czas, to jedziemy.
- Jedźmy! Teraz będzie tam pięknie… - rozmarzył się. Miał tak słodką minę, że nie wytrzymała i znów go pocałowała. Potem zasnęli, wtuleni w siebie.

Magda przebudziła się, kiedy zorientowała się, że stoją. Wyjrzała przez okno. Sven stał przy busie rozmawiając z … Angelo.
- Paddy, obudź się. – szturchnęła go lekko. – Angelo tu jest.
- Co…? – mruknął nieprzytomnie. - Jaki Angelo?
- Kelly. Ten blondyn z Kelly Family, najmłodszy. Kojarzysz?
- Tak, to mój brat, ale co on tu robi? – odpowiedział całkiem poważnie. Parsknęła śmiechem.
Wyszli w końcu i przywitali się z Angelo. Okazało się, że potrzebował pilnie jakiegoś sprzętu i Sven mu po drodze podrzucił. Obrzucił ich ciekawskim spojrzeniem, kiedy na wpół-przytomny Paddy najzupełniej naturalnym ruchem objął Magdę w pasie, opierając swoją głowę o jej.
- Oni tak zawsze? – zapytał Svena przy nich, z uśmiechem ekscytacji na twarzy.
- No, raczej. Ich się zresztą spytaj, a nie mnie. – zreflektował się Sven. Magda z Paddy’m uśmiechali się tylko.
- Zadzwonię do ciebie jutro, co, bracie? – Paddy klepnął Angelo w ramię. – Teraz musimy lecieć. A co u was, w porządku? – dodał jeszcze.
- Tak, w porządku. – Angelo ciągle patrzył na nich taki szczerze uradowany. – Cieszę się, że u was też. Trzymajcie się, pa!
- Cześć!

Następny przystanek był już pod domem Magdy. Sven wysiadł tylko na moment, żeby ją uścisnąć, a potem zostawił ich samych. Paddy wypakował jej walizkę i poszli na górę. Kiedy stanęli przed sobą w jej przedpokoju, zrobiło jej się tak smutno, jakby mieli się rozstać na miesiąc, a nie zobaczyć pewnie już na drugi dzień. Paddy złapał ją w pasie i powiedział:
- Dziękuję ci, że pojechałaś ze mną. Dzięki tobie to był niezwykły czas.
- To ja ci dziękuję… sama nie wiem, za co najbardziej, ale lista jest długa.
- Czyli mogę liczyć na to, że jeszcze kiedyś pojedziesz ze mną w trasę? – zapytał z uśmiechem, ale było w jego głosie coś, co kazało odpowiedzieć jej choć częściowo poważnie.
- Pojadę. Może nawet więcej niż raz. – pocałował ją w czoło. Potem w czubek nosa. A potem w usta. Żadne nie miało ochoty się rozstawać.
Tulili się tak jeszcze dłuższą chwilę, aż w końcu Paddy powiedział:
- Muszę już iść, kochanie. Sven też jest przecież zmęczony. – „Kochanie”… Wiedziała, że tym razem to ona zaczęła, ale nie spodziewała się, że tak szybko do niej wróci, i że wypowiedziane na głos zabrzmi z taką mocą.
Pokiwała głową w odpowiedzi.
- Idź. Będę tęsknić.
- Ja też. Zadzwonię jutro.


            Kiedy została sama ze swoimi myślami, w otoczeniu, które znała sprzed wyjazdu, przypomniało jej się, z jakim nastawieniem i wyobrażeniami tam jechała i jak to się miało do rzeczywistości. Stwierdziła, że w ogóle nie była w stanie wyobrazić sobie przed wyjazdem, że ich relacja tak się pogłębi. Aż tak, że czuła, jakby była z nim mnóstwo czasu, i że naprawdę wiele znaczących rzeczy wydarzyło się między nimi od ich pierwszego pocałunku. 

20.


I wanted to buy you some flowers, I went downtown but the shops were closed…

Niedziela była ostatnim dniem trasy. Tym razem nie występował jednak wieczorem w klubie, tylko na placu przed kościołem, prawie w centrum miasta. Zastanawiali się, czy nie pójść wcześniej na Mszę, ale ryzyko natknięcia się na kogoś, kto go rozpozna, było zbyt duże. Postanowili, że zatrzymają się po prostu gdzieś w drodze powrotnej, może nawet w tym samym małym kościółku, do którego wstąpili w drodze do Francji.

Przez charakter koncertu musieli być bardziej ostrożni i właściwie odkąd wysiedli z samochodu, trzymali się osobno. Było to tym trudniejsze, że wydarzenia ostatniej nocy zbliżyły ich jeszcze bardziej do siebie i od rana byli nierozłączni, non-stop przytulając się, całując albo chociaż trzymając za ręce.  Teraz jednak Magda stała niepozornie z grupką gapiów, podczas gdy Paddy usiłował zrobić sound-check pod obstrzałem kilku aparatów najwierniejszych amatorek jego osoby. No, i twórczości, powiedzmy. Magda złapała się na tym, że nie za wiele w niej sympatii do tego rodzaju bycia fanem. Zdała sobie sprawę, że ocenia te osoby, a nie ich postawę, a to było już nie w porządku z jej strony. Zakwalifikowała swój problem jako wymagający szybkiej zmiany i skupiła się na Paddy’m, który skupiony najwyraźniej nie był i jakoś nienajlepiej mu szło. „Co się dzieje?” – napisała mu smsa. Odwrócił się, wyjął telefon z kieszeni i odpisał jej: „Nic, to chyba nie mój dzień na występy dzisiaj. Wszystko mnie irytuje. Wolałbym teraz być gdzieś tylko z Tobą…”. Tak, ona też by wolała, ale to nie był dobry pomysł, żeby marudzić razem z nim. „Kochanie, przecież już po koncercie będziemy cały czas razem, a następną niedzielę możemy spędzić całą włócząc się tylko we dwoje np. po Riquewihr. Teraz jednak, skoro tu jesteś i masz takie zadanie, to chwal nim Pana najlepiej jak potrafisz :)”. Patrzyła sobie, jak przerywa piosenkę, żeby spojrzeć na telefon i jak jego spiętą do tej pory twarz rozjaśnia jeden z tych jego pięknych uśmiechów. Popatrzył na nią roziskrzonymi oczami i wrócił do swoich obowiązków. Ona weszła do kościoła i pomodliła się za nim. O wszystko, co było mu potrzebne na ten czas. Przy okazji rozważyła kilka nie dających jej spokoju sytuacji z ostatnich dni i doszła do wniosku, że potrzebuje spowiedzi. Ale po francusku… nie było szans. Musiała poczekać na powrót do Niemiec, tam miała znajomego polskiego księdza.

Kiedy wyszła, Paddy’ego nie było już na scenie, ale umówili się już wcześniej, że nie ma jak spotkać się przed samym koncertem i miała sobie pójść na kawę albo coś w tym stylu. Siedziała więc w ogródku kawiarni, chłonąc leniwą, niedzielną atmosferę, sącząc mrożoną kawę i skubiąc croissanta, jednym okiem rzucając na gazetę, którą miała akurat przy sobie. Zadzwoniła do rodziców, zaraz potem do niej zadzwonił kolega, były chłopak, z którym udało im się utrzymać naprawdę fajną, przyjacielską relacją. Był bardzo zdziwiony, że jest we Francji i trochę nad tym ubolewał, bo uwielbiał ten kraj, a dawno w nim nie był. Powiedziała mu bez problemu z kim tam jest i w jakich okolicznościach, i wtedy dopiero był zdziwiony… Zaszokowany wręcz, bo znał ją dobrze, całą jej historię, więc wątek miłości do Paddy’ego-idola z jej wczesnej młodości nie był mu obcy. Stwierdził, że to jest naprawdę niesamowita historia i miała wrażenie, że naprawdę szczerze się ucieszył. Kiedy tylko skończyli rozmawiać, podszedł do niej obcy mężczyzna z bukietem małych, czerwonych różyczek. Na zdziwienie w jej oczach odpowiedział pół-angielszczyzną:
- I am only a messenger. – brzmiało to oczywiście: mesążeh. Uśmiechnął się szeroko, chcąc nadrobić braki językowe i wręczając jej bukiet. – Informacja jest w karteczce. – dodał, wskazując na bilecik.
Ona też uśmiechnęła się, rozbrojona akcentem. Uwielbiała angielski Francuzów. Mogła ich słuchać z prawie takim samym zachwytem jak brytyjskiego RP. Podziękowała grzecznie i wydobyła karteczkę z „informacją”. Był na niej tylko rysunek długopisem przedstawiający dziewczynę w długich włosach trzymającą w ręce kwiatek, a kilka kroków przed nią szedł przodem do niej chłopak z naręczem róż, sypiąc je jej pod nogi. Przesłodki… Pod spodem, w rogu, był podpis: „P.”. Magda odruchowo podniosła głowę i rozejrzała się dookoła, ale nawet „posłaniec” zniknął już z jej pola widzenia, nikogo innego oprócz kilku przechodniów w wieku emerytalnym nie mogła dostrzec. A już wyobraziła sobie tego buziaka w ramach podziękowań… Wyjęła telefon i napisała: ‘Sooo cute… I’ll thank you later. ;)’. ‘Can’t wait :)’ – niemal natychmiast przyszła odpowiedź.


            Na koncercie Paddy był już w zupełnie niezłej formie, tryskał energią i humorem, a uśmiech nie schodził mu z twarzy. Lista piosenek była nieco inna niż na koncerty w klubach, nie było przerwy w środku i w ogóle jakoś tak szybko zleciało. Chyba nie tylko jej, bo bisował trzy razy, publiczność nie chciała się z nim rozstać. Magda patrzyła z rozrzewnieniem na babcie zapatrzone w niego jak w obrazek. Paddy znów dość sporo mówił, ale tym razem prawie wyłącznie po francusku, więc mogła się jedynie „dużo domyślać”. Potem udzielał jeszcze wywiadu dla jakiejś katolickiej telewizji we Francji. Nie udało mu się też umknąć grupie dziewczyn, która czaiła się w pobliżu i pobiegła za nim, jak tylko pożegnał się z dziennikarką. Magda przeszła się w umówione miejsce, z którego mieli ją zabrać, mocząc po drodze kwiatki w fontannie, żeby przetrwały jakoś. W sklepie po drodze znalazła nawet butelkę wody mineralnej z szerszym korkiem, więc połową zawartości podzieliła się z różyczkami, wsadzając je w nią jak do wazonu.

poniedziałek, 5 maja 2014

19.


… I feel like flying over, flying over the clouds…

Położyła się na łóżku i zamknęła oczy. Próbowała uspokoić szalejące emocje. Dlaczego on aż tak na nią działał? Znała siebie i widziała, że jest niebezpiecznie blisko przysłowiowego stracenia głowy dla niego. Ostatni raz pozwoliła sobie na coś takiego… jakieś dziesięć lat wcześniej. Nie żałowała, ale za każdym kolejnym razem była zachowawcza i ostrożna. I dobrze, bo te kolejne razy nie były zbyt fortunnie wybierane. Teraz jednak znów czuła się jak beztroska studentka. Na początku traktowała go przecież tylko po przyjacielsku… Może dlatego, że nie wierzyła, że on mógłby chcieć… że w niej… że z nią…

Usłyszała nagle szelest papieru i pukanie do drzwi. Zobaczyła kartkę na podłodze. Otworzyła, ale nie było go tam. Spojrzała na zapisaną stronę. Tekst piosenki. Serce zabiło jej mocniej. Domyślała się, której. Usiadła, starając się opanować drżenie rąk. „Przepraszam, że w ten sposób. Obiecuję, że kiedyś ci ją zaśpiewam. Mam nadzieję, że ci się spodoba. P.” – brzmiał początek. A to, co było pod spodem, przeszło jej oczekiwania:

I didn’t know what I was being led into when I first saw you
I didn’t know why I wanted to see you again so much
All I knew was that I had to be near you
Nearer and nearer, to touch your heart

I let this urge guide me
‘cause it came from above
I let this urge guide me
The urge to give you love

You seemed so fragile and so closed when I first saw you
Yet ready to share with me your soul
I poured mine before you and it stepped forward
I fought for every moment to tame your heart.

I let this urge guide me
‘cause it came from above
I let this urge guide me
The urge to give you love

I’m letting this urge guide me
‘cause it came from above
I’m letting this urge guide me
Want to feed you all my love

Łza wzruszenia kapnęła na kartkę. Potem druga. I trzecia. Gdyby wiedziała, co wstydził się zaśpiewać, nie zachowałaby się tak. Dałaby mu czas. Ale jej niepewność siebie i ciągle niewielkie zaufanie do niego jako jej… jako kogoś, z kim jest, przyspieszyły trochę to wyznanie. On sam jednak, z własnej woli, chciał jej to zaśpiewać. Mógł przecież wybrać jakąkolwiek inną piosenkę. A nie „coś nowego”. Nie wiedziała, co ma teraz zrobić. Czy iść do niego i wzruszać się otwarcie, czy poczekać do rana, bo w końcu mógł już zasnąć, zmęczony po całym dniu… A może nie chciał o tym rozmawiać, skoro tylko wsunął jej kartkę pod drzwi?

Wyszła po cichu do ich wspólnego hallu i próbowała dostrzec, czy w jego pokoju świeci się jeszcze światło. Ale wydawało się być ciemno i nie dochodził stamtąd żaden dźwięk. Zapukała najdelikatniej, jak się dało.
- Come in. – usłyszała jednak. Kiedy otworzyła drzwi, Paddy właśnie wstawał. Był w piżamie, miał na sobie krótkie spodenki w kolorową kratkę i czarną koszulkę. Ona była w podobnym stroju, tylko w jeszcze krótszych szortach i koszulce na ramiączkach. Z tego wszystkiego zapomniała o szlafroku, czymkolwiek…
- Obudziłam cię? – zapytała prawie szeptem, jakby nie chcąc do końca wyrywać go ze snu.
- Nie, dopiero się położyłem. – też brzmiał cicho i niepewnie. Stali na wprost siebie w, oświetleni tylko poświatą latarni z zewnątrz.
- Dziękuję ci. To najpiękniejsza piosenka, jaką kiedykolwiek słyszałam. Chociaż sama musiałam zgrać w głowie tekst z melodią, więc liczę na lepszą wersję – uśmiechnęła się. – I…  - nie wytrzymała. Po jej policzku popłynęła łza. Starła ją szybko wierzchem dłoni. – Ja mam dokładnie takie samo pragnienie, Paddy. I też mam je, odkąd cię pierwszy raz zobaczyłam, ale zakopałam je od razu gdzieś głęboko, bo wydawało się takie nierealne... A teraz stało się tak silne, że aż mnie przeraża. Tylko już wiem, że nie muszę się bać…
- Chodź tu do mnie. – wyciągnął ręce i przyciągnął ją do siebie. Ten zapach… Był jak narkotyk, ciągle chciała go czuć. On chyba podobnie reagował na nią, bo wtulił twarz w jej włosy i trwał tak dłuższą chwilę, nieruchomo. Potem pociągnął ją w stronę łóżka, usiadł i posadził ją sobie na kolanach. Jedną ręką trzymał ją za plecy, drugą splótł palcami z jej dłonią i położył na jej udzie. Od jego bliskości prawie kręciło jej się w głowie. Nie myślała już o niczym, tylko o tym, że jest tu z nim i nie chce być nigdzie indziej. Że on jest przy niej, że patrzy w nią tymi czystymi, granatowymi oczami jak w uosobienie największego szczęścia i  oboje wiedzą, po co przeszli całą drogę swojego życia: żeby mogli dotrzeć właśnie do tego miejsca, dokładnie tak ukształtowani, jak są, żeby mogli odtąd żyć już dla tego drugiego i to o jego szczęście troszczyć się najbardziej na świecie.
- Pójdę już, Paddy. – powiedziała, głaszcząc go karku i po plecach. – Masz jutro kolejny intensywny dzień przed sobą.
- Nieważne. Nie idź jeszcze… - pocałował ją w ramię. I w szyję. W usta. Przesunął dłońmi po jej nagich ramionach, a potem wzdłuż pleców, aż do talii. Potem czuła jego usta i dłonie wszędzie tam, gdzie mogły być, nie przekraczając pewnej granicy. Ich oddechy były jednak coraz szybsze, a dotyk coraz bardziej niecierpliwy… Leżała na łóżku, mając go nad sobą, obie jej ręce błądziły pod koszulką po jego plecach, torsie, brzuchu… Z trudem opanowała się, żeby je stamtąd zabrać. Widziała, co się z nim dzieje, widziała, jak jej samej trudno jest się opanować. To był moment decyzyjny. Jeśli teraz się nie zatrzymają, potem będzie jeszcze trudniej, w ogóle za chwilę będzie już za późno…
- Paddy. – powiedziała, dotykając jego rozpalonego policzka i odsuwając się trochę.
Otworzył oczy i spojrzał na nią jak przez mgłę.
- We can’t… - dodała, całując czubki jego palców.
- Przepraszam. Chyba posunąłem się za daleko. – położył się obok niej na plecach i schował twarz w dłoniach. – Ale kiedy jesteś tak blisko… w takim stroju… pachniesz tak niesamowicie i wydajesz się taka… moja… naprawdę nie mogę się powstrzymać.
- Nie przepraszaj, Skarbie. – teraz on drgnął. – Przecież ja robiłam to samo.
- Ale ty chciałaś pójść. To ja to sprowokowałem.
- Tak, bardzo chciałam pójść. Siedząc ci na kolanach i głaszcząc cię. O niczym innym nie marzyłam, tylko, żeby pójść.
Uśmiechnął się w końcu.
- Muszę napić się wody. – powiedział. – Ale nie mam już… - zreflektował się.
- Ja mam. Mogę ci przynieść trochę. Bo inaczej nie będziesz już spał tej nocy. – mrugnęła mu.
- Uuu, masz poziom „Ekspert” w kategorii lousy song lyrics. – zabłysnął Paddy ripostą.
- No, ten jest rzeczywiście lousy. Ale zdarzają ci się nieco lepsze. – weszli do jej pokoju i ich wzrok spoczął na kartce z jednym z tych drugich właśnie. Paddy złapał go i spojrzał na rozmazany w kilku miejscach atrament.
- Mag… - popatrzył na nią z czułością. Cmoknęła go tylko w policzek i zasugerowała głową wyjście. – Ok, ok. Teraz już naprawdę idziemy spać.

- Dobranoc.

18.


It’s when I, when I see you…

Kolejny dzień przebiegł bardzo podobnie do poprzedniego: śniadanie w hotelu, podróż do następnego miasteczka, wspólny lunch i trochę więcej czasu przed próbą i przed koncertem. Złapali nawet beztroską, dłuższą chwilę na trawie w parku, opierając się o siebie plecami  i wystawiając nosy do słońca albo chowając je w książkach, którymi się wymieniali, a potem wymieniali się wrażeniami na ich temat. Czytali też razem Słowo Boże i dzielili się tym, co każde dla siebie usłyszało.

Koncert był jak zwykle udany, chociaż może trochę spokojniejszy niż wczorajszy. Magda miała wrażenie, że przyszło więcej rodzin i ludzi w średnim wieku niż wcześniej. Może dlatego Paddy też był bardziej statyczny i zamiast pluć i skakać, prowadził sympatyczne pogawędki z dzieciakami i babciami. To było tak urocze, że oczywiście wzruszyło ją do łez. Wiele rzeczy ją wzruszało i często, a przy nim jej emocje i sposób przeżywania były jeszcze bardziej uwrażliwione. Jakby ktoś o nie bardzo dbał, dostarczając im regularnie różnorakich bodźców dzięki którym czuła, że żyje i wiedziała, po co żyje w tym konkretnym dniu.

Wieczorem padało, wrócili więc do hotelu – tego samego tym razem, bo odległość była niewielka, a hotel fajny. Zjedli coś tylko na miejscu w  restauracji i postanowili po prostu posiedzieć i pogadać w pokoju. Siedzieli więc „po turecku” na łóżku Paddy’ego, naprzeciwko siebie. Paddy trochę grał na gitarze, trochę rozmawiali.
- Zaśpiewasz coś? – poprosiła.
- A nie masz jeszcze dosyć? – zapytał, przeczesując włosy.
Pokręciła przecząco głową w odpowiedzi z łobuzerskim uśmiechem. Paddy zastanowił się chwilę i przesunął palcami po strunach.
- Może być coś nowego?
- No jasne!
- To jeszcze nie jest dopracowane, ale… Zresztą, sama zobaczysz.
Magda była bardzo podekscytowana. Zawsze była ciekawa jego nowej twórczości, bo poznawanie jej to jak bycie na bieżąco z jego życiem, z tym, co zaprzątało jego uwagę, co czuł. Teraz co prawda znała to wszystko poprzez relację z nim, ale i tak była ciekawa, jak to się przekłada na muzykę.

            Spod jego palców popłynęła spokojna, liryczna melodia. Czekała, kiedy zacznie śpiewać. Kilka razy wyglądał, jakby już miał zacząć, ale jednak tak się nie działo. W końcu zamknął oczy i pokręcił głową.
- Nie mogę. Wstydzę się – powiedział z rozbrajającym uśmiechem i nawet trochę się zaczerwienił.
- Co?! – zapytała Magda z niedowierzaniem. – TY się wstydzisz? Nie żartuj…
- Oj, bo to jest całkiem co innego wygłupiać się na koncercie w swojej roli, a co innego obnażyć się ze wszystkiego w takiej sytuacji.
Magda nie wiedziała co o tym myśleć. Zrobiło jej się trochę przykro, bo poczuła się, jakby nie miał do niej zaufania. Paddy chyba zauważył jej niewyraźną minę, bo przejął się.
- Mag, przepraszam cię… - przysunął się do niej i wziął ją za rękę, splatając swoje palce z jej. – To raczej nie jest piosenka na żadną płytę, jest bardzo osobista i niedokończona, nie przemyślałem tego.
- Dobrze, nie ma sprawy. – nie brzmiała jednak zbyt przekonująco. Nie chciał jej śpiewać osobistych piosenek. „Świetnie. Może rozmawiać też będziemy o pogodzie, żeby nie było zbyt osobiście?” – pomyślała, ale darowała sobie złośliwości. Milczała chwilę, próbując poukładać to sobie w głowie.
Paddy patrzył na nią, jakby chciał przeniknąć jej myśli.
- Dlaczego jest ci przykro? – zapytał z troską.
- Bo czuję się, jakbyś nie mi nie ufał. Jakbyś chciał coś przede mną ukryć.
- Nie, to zupełnie nie tak. – podniósł dłonią jej brodę do góry i skierował jej wzrok na siebie. – Jak możesz tak myśleć po tych wszystkich naszych rozmowach? Wiesz o mnie więcej niż niektórzy z mojego rodzeństwa. A odkąd cię znam, jesteś pierwszą osobą, która dowiaduje się o wszystkim, co się dzieje w moim życiu. Wiesz o tym?
Pokiwała głową. Uświadomiła sobie, jak bardzo zależy jej na tym, żeby właśnie tak było. Chciała, żeby wszystkim się z nią dzielił, chciała mieć udział we wszystkim, co przeżywał, chciała, żeby on tego chciał i żeby miał taką samą rolę w jej życiu. Chciała go całego, na własność, na wyłączność. To pragnienie uderzyło w nią z taką mocą, że przeraziła się samej siebie.
- Lepiej już pójdę.  – nawet na niego nie spojrzała, tylko wyjęła swoją dłoń z jego i zaczęła wstawać.
- Gdzie?! – teraz to on się przestraszył i złapał ją za ramię.
- Spać. Jest późno. – jedno szybkie spojrzenie. Wstała.
On też zerwał się z łóżka i zaszedł jej drogę do wyjścia.
- Powiesz mi, co się stało? – złapał ją za ramiona i patrzył w oczy w wyczekiwaniem. – Proszę, nie wychodź tak, kiedy coś jest nie wyjaśnione.
Westchnęła. Co miała mu powiedzieć? „<<Obnażyć się ze wszystkiego?>>” – pomyślała z rezygnacją. Powiedziała to na głos.
- Jeśli ci powiem, wtedy to ja „obnażę się ze wszystkiego”. A „sytuacja” najwyraźniej nie jest odpowiednia na takie zwierzenia. - zabrzmiało chłodno i jakby z wyrzutem. Była zła sama na siebie, że tak się zachowuje. Widziała, że on posmutniał. Nic nie powiedział, tylko puścił ją. Nie wytrzymała.
Zrobiła krok i wtuliła się w niego.
- Przepraszam. Przesadzam. Po prostu dotarło do mnie, jak bardzo mi na tobie zależy. – wyszeptała mu do ucha i schowała twarz w jego szyi. On zamarł na moment, po czym przycisnął ją do siebie i pocałował we włosy.
- I dlatego postanowiłaś zostawić mnie tu samego? – uśmiechnął się, łaskocząc jej ucho oddechem.
- Przestraszyłam się. Że tracę kontrolę.
- Niepotrzebnie. – wplótł palce w jej włosy i głaskał ją delikatnie. – Mówi ci to ktoś, kto sam stchórzył dziesięć minut wcześniej. - Oboje się uśmiechnęli.
- Mag… - przesunął palcami po jej twarzy. Od tego, co zobaczyła w jego oczach, przeszły ją ciarki. Pocałował ją. Delikatnie, ale bardzo namiętnie. Oddała pocałunek z taką pasją, jakby nagle nie miała już żadnych oporów przed tym, co on z niej wyczyta. Całowali się tak długą chwilę, aż brakowało im tchu. Potem Paddy przesunął ustami po linii jej brody i musnął jej szyję, zagłębienie obojczyka, ramię. Uspokajał się. Przeniósł się z powrotem do ust, policzków, powiek. Zatrzymali się. Serca im waliły.
- Teraz naprawdę muszę iść. – głaskała go twarzy, uchu, włosach. Przycisnął jej dłoń do ust, nie otwierając oczu.
- Wiem, Skarbie. Śpij dobrze.

- Ty też. Dobranoc. – wspięła się na palce i pocałowała go w czoło.

sobota, 3 maja 2014

17.


It could be you…

            Najedzeni aż do przesady, pożegnali Svena myśląc o jakimś ciągu dalszym, chociaż tak naprawdę nie bardzo mieli siłę na kolejną atrakcję wieczoru. Było jednak tak ciepło, a oni bardziej niż spać chcieli być ze sobą. Stwierdzili, że może po prostu pójdą spacerkiem w stronę hotelu. Był ulokowany na obrzeżach miasta, więc dawało im to sporo czasu na nacieszenie się sobą.
- Jesteś szczęśliwy, Paddy? – zapytała nagle.
- Ale… w jakim sensie? – był lekko zaskoczony takim kalibrem.
- W ogólnym. Czy budzisz się rano z myślą: ‘Wow, kolejny wspaniały dzień mojego super-życia’, czy raczej ciągle czekasz, aż to życie zacznie być super? Upraszczam strasznie, ale wiesz, o co mi chodzi.
- Długi czas czekałem. Ciągle brakowało mi czegoś, nawet wtedy kiedy z pozoru miałem aż nadmiar. Zresztą, tę część mojej historii znasz. A później, odkąd znalazłem Boga, zmieniła mi się perspektywa i przestałem patrzeć na braki jak na coś złego. Wierzyłem, że one są mi potrzebne i potem zawsze się okazywało, że były. I tak, jestem szczęśliwy, dopóki jestem blisko Niego i biorę to, co ma dla mnie. Chociaż czasem wydaje mi się, że więcej szczęścia dałoby coś innego, to szybko rezygnuję z pójścia za tym, bo już nie raz zaprowadziło mnie to do ściany. Ale wiesz… Już nie pamiętam, kiedy zastanawiałem się ostatnio, czy jest dobrze czy nie w moim życiu, bo prostu nie musiałem. Tak naturalnie było. Odkąd… - zastanowił się chwilę. – Odkąd poznałem ciebie… - sam wyglądał na trochę zaskoczonego taką konkluzją.
Popatrzył na nią, a że wpatrywała się w niego, słuchając jak urzeczona, ich spojrzenia natychmiast się spotkały. Szybko jednak odwrócili wzrok, jakby bojąc się pójść za daleko.
- A Ty? – zapytał teraz Paddy.
- Czy jestem szczęśliwa?
- Mhm.
- Ja miałam odwrotnie. Zanim weszłam w bliższą relację z Bogiem wydawało mi się, że jestem szczęśliwa, bo wszystko układało się po mojej myśli. I nie czekałam na żadne rewolucyjne zmiany, raczej na realizowanie się kolejnych etapów tamtego życia. Ale kiedy okazało się, że ta „moja myśl” nie tylko nie daje mi szczęścia, ale wręcz mnie przeraża, trzeba było sporo pozmieniać – ale to też znasz. No i później zaczęło się jedno wielkie czekanie, aż Pan Bóg mnie i wszystko w moim życiu przemieni – i wtedy będę już mogła być szczęśliwa. Tylko, że to jakoś nie następowało. Jasne, On mnie przemieniał i przemienia cały czas, ale inaczej niż tego oczekiwałam. I teraz uczę się nie czekać właśnie, tylko taka jaka jestem dzisiaj, w tym, w czym dzisiaj jestem, być szczęśliwa i wdzięczna. I działać. I właśnie dziś po południu doszłam do wniosku, że od pewnego czasu to jest o wiele łatwiejsze, jakby samo się działo. Wiesz, od kiedy… - popatrzyła na niego nieśmiało.
- Nie wiem. – uśmiechnął się z przekorą.
- Odkąd jesteś w moim „dzisiaj”.
Popatrzył na nią tak… Że nie trzeba było już nic dodawać. Po chwili przyciągnął ją mocno do siebie, drugą rękę wplótł w jej włosy i …
- Mag, nawet nie wiesz, jakie to dla mnie ważne, że to mówisz. – powiedział w czubek jej głowy. - Ja prawie przez cały czas wahałem się, czy cię aż tak namawiać na ten wyjazd. Nie miałem pojęcia, czy ci się spodoba, czy nie będziesz musiała za chwilę wracać, bo jednak się nie zaaklimatyzujesz.
- Wiesz, że gdybyś był chociaż trochę mniej zdecydowany w namawianiu mnie, nigdy nie podjęłabym tej decyzji? Potrzebowałam twojej pewności, bo swojej miałam bardzo niewiele.
- Wiem.
- Ale skąd ty właściwie brałeś tę pewność?
- Nie wiem. To był impuls, wtedy, w Medjugorie, byłem przekonany, że pomysł jest genialny, kiedy tak słuchałem, jak mówiłaś o zastoju w swoim życiu, o braku pomysłu na „co dalej”. Sam nie raz byłem w takim punkcie i właśnie zmiany dawały najlepsze owoce. Potem miałem wątpliwości, czy to nie jest zbyt pochopne, ryzykowne, w sumie mało się znaliśmy. Ale kiedy pytałem Tatę, utwierdzał mnie, że nad wszystkim czuwa.
- Pytałeś Tatę? – zapytała zachwycona.
- A ty nie? – odpowiedział pytaniem, szczerze zdziwiony.
- Widzisz, ja pytałam „Boga”. Może dlatego ciągle Mu nie dowierzałam. Kwestia zażyłości i ufności.
- Może. – uśmiechnął się. – Ale też widziałaś, że tak cię prowadzi?
- No, tak mi się wydawało, ale miałam nieustające wątpliwości… Dziękuję ci. Dziękuję, że Mu wierzysz.
- Mag…
Wtuliła się w niego tak mocno, jak tylko się dało. Słyszała, jak bije jego serce i jak jej własne tętno zgrywa się z jego. On głaskał ją po włosach, co jakiś muskając je ustami. Oderwała się od niego niechętnie po długiej chwili.
- Chodźmy, Skarbie. – zadrżała. Naprawdę to powiedział. Naprawdę tak ją nazwał. ‘Baby’. Zauważył jej reakcję, zatrzymał się i pocałował. Tak, że znów wszystko zawirowało jej przed oczami.

- Chodźmy. – szepnęła tuż przy jego ustach.

16.


There’s a part of my heart…

Bawiła się świetnie, mogła śpiewać, klaskać  i szaleć ile chciała, dziewczyny obok co chwilę łapały ją za ręce, więc atmosfera jedności bardzo szybko jej się udzieliła. Kilka razy wymienili krótkie spojrzenia i uśmiechy, ale takie bardzo dyskretne. Przed kolejną piosenką Paddy powiedział: „Gdyby wydawało wam się, że moja choreografia jest troszeczkę ‘too much’, to wiedzcie, że ja po prostu spalam kalorie. Ostatnio podobno za dużo jem.” Jego słowa wzbudziły oczywiście ogromny entuzjazm, jak każde zresztą, więc Magdy parsknięcie śmiechem zgubiło się w powszechnym hałasie. Zdziwiła się jednak bardzo, kiedy po tym wstępie zaczął grać ‘Key to my heart’… Nie było tego w repertuarze, musiał to zmienić w ostatniej chwili. Fanki były w ekstazie. Co prawda nie było takiej mocy, jak w wykonaniach z perkusją i innymi instrumentami, ale Paddy przechodził samego siebie. Biegał, skakał, pluł wodą i oczywiście… klaskał nogami, nie mógł sobie odpuścić. Magda popłakała się ze śmiechu. Ale przy ‘(…)you can try, you can try to get to my heart. You can try, you can try to find the right floor’ miał takie spojrzenie, jakby dawał jej pozwolenie i rzucał wyzwanie jednocześnie. Nie była jednak pewna, czy nie widzi tego, co chciałaby zobaczyć… Na przerwie strasznie chciała być z nim, ale było to raczej niewykonalne. Na pewno ktoś by zauważył, że kręci się za kulisami, a potem wraca. Napisała więc tylko: „Świetny trening. Zasłużyłeś na duuużą kolację ;) Wariat :)”. Odpisał: „Cieszę się, że jesteś pod wrażeniem :) A kolacji już nie mogę się doczekać – ślicznie wyglądasz…”.

Po koncercie uświadomiła sobie, że nie ustalili, gdzie ma na niego czekać. Wyszła więc na zewnątrz ze wszystkimi i napisała mu, że czeka z tyłu budynku, przed wejściem. Odczekała jednak dłuższą chwilę, zanim tam poszła. Tym razem nic nie wskazywało na niezapowiedziane spotkanie z fankami, było cicho i pusto. Ze środka wyszło kilka osób, wsiedli do samochodów i odjechali. „5 minut” – napisał Paddy. Dłużyło jej się strasznie, wyglądało na to, że wszyscy inni już wyszli. Kiedy w końcu stanął przed nią, miała wrażenie, jakby czas się zatrzymał. Stała tak, zapatrzona w niego szeroko otwartymi oczami, on patrzył na nią, uśmiechając się lekko i oboje czuli niezwykłość tej chwili. Magda zapomniała, że miała być ostrożna, bo fani, dziennikarze… On chyba też, bo podszedł do niej i pocałował ją.
- Tęskniłem… - powiedział.
- Ja też. Żałowałam, że nie siedzę tam obok ciebie.
- Jutro już będziesz.
- Tak.
Dźwięk zatrzymującego się przy nich samochodu oderwał ich od siebie.
- Hej, love birds, może podrzucić was w jakąś bardziej romantyczną scenerię? Na pewno chcecie tu zostać? – zakpił Sven.
Rozejrzeli się: parking, ogrodzenie, asfalt.
- Czasem masz dobre pomysły. – odpowiedział Paddy, otwierając Magdzie drzwi.
- To co: do kina na romantyczną komedię? Czy do uroczej knajpki nad brzegiem rzeki? – nabijał się z nich, ale bez złośliwości.
- Na pizzę. – odezwał się Paddy. – Duuużą. Z podwójnym serem. Albo z czterema serami!
- No i skończył się romantyzm. Dzięki, Sven! Mogłeś nas zostawić w tym betonie. – powiedziała Magda z udawanym rozczarowaniem w głosie.

Roześmiali się. Ustalili, że Magda przeżyje pizzę, Sven do nich dołączy, bo w sumie też ma ochotę, a potem wrócą do romantycznych klimatów, już we dwójkę.