niedziela, 8 czerwca 2014

39.


I don’t want to stop until I physically drop…

            Na miejscu rozruszał się trochę i przejął kontrolę nad częścią przygotowań. Zażył swoje podejrzane lekarstwo, ale rozśpiewywanie i tak przysporzyło mu sporo cierpienia. Magda starała się czymś zajmować przez cały ten czas, żeby nie rzucać mu pełnych współczucia spojrzeń. Momentami była wściekła, że go nie powstrzymała, ale wiedziała, że nie miała szans z jego uporem. Zastanawiała się, czy zamierza zrealizować chociaż jakąś wersję ‘light’ swojego występu, czy będzie jak zawsze dawał z siebie 200%...

            Tuż przed wyjściem na scenę przytulił się do niej i powiedział jej do ucha:
- Dziękuję ci za wszystko. Że wszystko rozumiesz. Kocham cię.
- Ja też cię kocham. Dasz radę.
- Dobrze, że jesteś.
- Dobrze, że chcesz, żebym była z tobą. – uśmiechnęła się. On też. Pomału wyszedł zza kulis. Zaczęło się.

            Początku nawet nie słuchała. Zamyśliła się nad tym, że, jak kiedyś nazwał to Paddy, obnażali się przed sobą coraz bardziej. Poznawali się w różnych sytuacjach, to akurat oczywiste, ale też coraz bardziej szczerze i otwarcie mówili o swoich uczuciach i potrzebach. Widziała też w Paddy’m już nie tylko świetnego artystę i fajnego, dojrzałego faceta, ale też mnóstwo jego codziennych „twarzy”, wcale nie tak idealnych czy łatwych do przyjęcia. Zupełnie jej to jednak nie odstraszało czy zniechęcało. Sama była tym zaskoczona. Widziała, że może żyć z jego słabościami. Że tak samo kocha go w tych trudniejszych momentach, jak w tych surrealistycznie wręcz idealnych. On też nie raz musiał mierzyć się z jej lękami i blokadami, i nie wyglądało na to, że w czymkolwiek mu przeszkadzały.

            Wróciła do rzeczywistości. Śpiewał. Słychać było zmianę w barwie jego głosu, ale jego moc była równie imponująca jak zawsze. Był blady i częściej się pocił, no i głównie siedział albo stał. Jego jedyna w swoim rodzaju choreografia musiała poczekać na inną okazję. Publiczność chyba dobrze się bawiła, nie było może jakichś rozemocjonowanych reakcji, ale wszyscy wstawali, klaskali i śpiewali razem z nim. W jednej z anegdotek, którymi przeplatał piosenki, wspomniał coś o walce z wirusem, że na razie wygrywa, ale po koncercie będzie musiał dać się powalić i że specjalne podziękowania należą się Svenowi za to, że w ogóle koncert doszedł do skutku. Dostali wielkie brawa. W przerwie Paddy zażądał herbaty z miodem, przebrał się i przez resztę czasu pokładał na Magdzie mrucząc, że chce być już w łóżku, a przynajmniej w busie. Wyszedł jednak oczywiście, wytrwał do końca z kilkoma tylko małymi wpadkami (zapomniał tekstu w ‘Search for Truth’ i zagrał podwójne intro w dwóch innych utworach), nie wyszedł też na bis. Przebrał się kolejny raz, tym razem już w wygodny i ciepły, za to mało efektowny polar i zainstalował się w busie pod kocykiem, zrzędząc, że umiera, a Magda pomogła Svenowi w pakowaniu wszystkich maneli. Śmiali się, że mają tego wieczoru prawdziwą gwiazdę w ekipie.
- A gdyby on był taki zawsze?! – zapytał nagle Sven z przerażeniem w oczach.
- Widzisz, doceń to, co masz na co dzień. – mrugnęła mu.

            Całą drogę powrotną „gwiazda” spała. Mimo to był nieprzytomny, kiedy dotarli na miejsce i Magda zastanawiała się, czy nie wezwać jeszcze raz lekarza, ale stwierdziła, że ten kiepski stan jest spotęgowany wyczerpaniem i zdecydowała, że poczeka do rana. Została też w jego mieszkaniu na resztę nocy, zbyt mocno weszła już w rolę prywatnej pielęgniarki i nie wyobrażała sobie zaniedbania swojego pacjenta…
- Zostajesz ze mną? – wychrypiał, zerkając na nią spod wpół przymkniętych powiek, leżąc wreszcie w swoim upragnionym łóżku.
- Tak, zostaję. Masz, wypij jeszcze to zanim zaśniesz. – podała mu ciepłe mleko z miodem i pocałowała w czubek głowy.
- Czuję się… jak w domu.
- Przecież jesteś w domu. – odpowiedziała trzeźwo.

- Nie, nie o to mi chodzi. Kiedy tu jesteś… I to mleko… Wcześniej ja tu tylko mieszkałem. A teraz czuję, jakby to był prawdziwy dom… - wyglądał, jakby sam się zamyślił nad tym, co z trudem wypowiedział, po czym… zasnął.

38.


…with you, my friend…

Rano czuł się trochę lepiej, ale o do całkowitego wyzdrowienia sporo mu jeszcze brakowało. Stwierdzili, że najlepiej będzie jeśli ten dzień też spędzi w łóżku, a wstanie dopiero przed koncertem.
- Mag, ale ty absolutnie nie musisz cały czas tu siedzieć. Idź, rozejrzyj się po mieście, jeszcze tu nie byłaś.
Pomyślała, że faktycznie, może przejdzie się chociaż po centrum. Zjedli śniadanie w pokoju, a Paddy wyglądał, jakby znowu zamierzał usnąć, więc ubrała się i poszła. Spotkała w hallu Svena, który stwierdził, że może ją kawałek podwieźć, bo jedzie w tamtą stronę. Spytała, jak daje sobie radę ze wszystkim, powiedział, że w porządku, tylko jest trochę zmęczony, bo ma dwa razy więcej roboty i jeszcze lekki stres, że o czymś zapomni albo zrobi coś nie do końca dobrze. Uspokoiła go, że Pad jest mu niesamowicie wdzięczny i nawet gdyby były jakieś niedociągnięcia, to pewnie przymknąłby na nie oko. Wysadził ją kilka ulic od hotelu, pokazał z grubsza, w którą stronę może pójść, żeby coś ciekawego zobaczyć i ruszył dalej.

Przeszła się po rynku, zaglądając w co którąś z przylegających do niego uliczek, oglądając wystawy sklepowe, fasady kamienic. Nie mogła się oprzeć sklepowi z czekoladą, jej ogromne tabliczki ułożone jedna na drugiej i różnorodność smaków przyciągnęły ją jak magnes. Nie wspominając już o zapachu w środku… Kupiła kilka różnych kawałków i małych bombonierek, degustując przy okazji wszystko, co do degustacji było dostępne. Kupiła też dwie kawy na wynos i ruszyła z nimi z powrotem do hotelu. Nagle samotne zwiedzanie wydało jej się zupełnie bez sensu.

            Paddy siedział na łóżku zawalony jakimiś papierami, ale kiedy ją zobaczył, pozbierał je szybko i zrobił jej miejsce obok siebie. Mieli więc kawowo-czekoladowy lunch w łóżku i było to naprawdę najbardziej odpowiednie miejsce dla Paddy’ego w jego obecnej kondycji, ale kiedy nieśmiało o tym wspomniała, natychmiast energicznie zaprzeczył i pokazał jej jakiś specyfik na specjalne okazje, który na parę godzin naprawdę stawia na nogi, ale nie można go stosować za często ze względu na długą listę skutków ubocznych. Zapytała tylko, czy już kiedyś z niego korzystał. Okazało się, że nie raz i to nie tylko on. W swoim czasie musieli być przecież niezawodni. Upewniła się z przymrużeniem oka, czy zawiera chociaż substancje legalne…

            Obejrzeli jeszcze film, Paddy wtulał się w Magdę całym sobą, jakby w niej szukał ucieczki przed nieubłaganie płynącym czasem. Za godzinę miał być gotowy i jechać ze Svenem do klubu.
- Nie chcę niegdzie iść… - wystękał z twarzą wciśniętą między poduszkę, a Magdy włosy.
- Wreszcie brzmisz rozsądnie, ale teraz to już trochę za późno… - odwróciła się twarzą do niego i cmoknęła w czoło. – Chodź, wstaniemy razem i pomogę ci się ogarnąć.

Tak też zrobili i kiedy Paddy brał prysznic, ona szykowała mu ubrania i pakowała inne rzeczy, które miał ze sobą wziąć. Spakowała też wszystkie ich bagaże, żeby prosto po koncercie móc wracać do domu. Sven nie musiał na nich czekać, byli gotowi na czas. Paddy nie był rozmowny, widać było, że źle się czuje i chce to mieć jak najszybciej za sobą.

37.


I’ll be there for you…

Magdzie czas leciał szybko, zajęła się pracą, niemieckim, poszła z Carlą na zakupy. Wiedziała, że u Paddy’ego jest nieco gorzej, bo złapał jakieś przeziębienie po pierwszym dniu i przez cały czwartek praktycznie nie wychodził z łóżka, żeby odzyskać w miarę możliwą formę na wieczór. Po tym koncercie jednak rozłożyło go całkiem i próbował namówić Magdę, żeby nie przyjeżdżała, bo nie da rady zapewnić jej żadnej rozrywki. Szybko wyperswadowała mu ten pomysł zapewniając, że nie jedzie tam dla rozrywki, tylko po to, żeby z nim być, nawet jeśli mają spędzić cały ten czas w hotelowym pokoju. Spakowała dodatkowo wszelkie znane jej specyfiki na przeziębienie, mały słoik miodu z Kaszub i prosto po pracy popędziła na lotnisko. Przyjechał po nią Sven i rozmawiali w drodze o tym, że najrozsądniej byłoby, gdyby Paddy w ogóle nie wystąpił, ale on nawet nie chciał o tym słyszeć, bo przecież jeden koncert i tak już wcześniej musieli odwołać.

            Na miejscu zostawiła tylko bagaże w swoim pokoju i weszła do jego. Spał. Policzki miał rozpalone, ale czoło chłodne. Sprawdziła to ustami najdelikatniej jak umiała, ale poczuł to i przebudził się.
- Jesteś. – uśmiechnął się blado.
- Jestem. Jak się czujesz?
- Kiepsko. Jak tylko prochy przestają działać, wszystko wraca.
- To chyba nie jest zwykłe przeziębienia, tylko porządna grypa…
- No, lekarz mówił coś takiego…
Pokręciła tylko głową, bo nie chciała go męczyć truciem o odwoływaniu koncertu, skoro i tak był nieugięty w tej kwestii. Rozumiała to zresztą, że nie chciał zawieść fanów.
- Jesteś głodny? Masz na coś ochotę?
- Głodny nie jestem, ale w sumie powinienem coś zjeść…
Zamówiła do pokoju zupę, coś co najbardziej przypominało idealny na takie dolegliwości rosół, zasugerowała, żeby wziął sobie gorący prysznic zanim ją przyniosą i kiedy pod nim stał, ogarnęła trochę pokój, bo rzeczy Paddy’ego były wszędzie. Kiedy niecałą godzinę później, wykąpany, przebrany i najedzony, leżał spokojnie obok niej z kubkiem herbaty z miodem i cytryną, miała poczucie dobrze wykonanej misji.

- O której masz wziąć lekarstwa? – zapytała. Zastanowił się, kalkulując coś z wysiłkiem.
- Jakoś za godzinę.
- To śpij, obudzę cię, jak przyjdzie czas.
- Jesteś aniołem. – powiedział i natychmiast zamknął oczy. Cmoknęła go w czółko, pogłaskała po włosach i poszła do swojego pokoju, rozpakować się i wziąć prysznic. Potem, przebrana w wygodny dres, wróciła do swojego chorego, przebudziła go delikatnie, zaaplikowała  leki i nastawiła budzik na za kolejne sześć godzin. Było jeszcze dość wcześnie, więc położyła się obok niego z książką. Paddy wtulił się w nią ufnie, jak dziecko. Było jej tak błogo z myślą, że może się o niego troszczyć, kiedy jej potrzebuje…
- Jak ci minął lot? – wymruczał gdzieś w jej ramię. Chyba lekarstwa zaczynały działać. – Przepraszam, że dopiero teraz pytam.
- Daj spokój. Dobrze, szybko przede wszystkim. Sven już czekał, kiedy wyszłam z lotniska.
- Jemu też muszę podziękować. Wszystko za mnie robi od wczoraj.
- To miło z jego strony… Ale jak inaczej mógłby się zachować? Przecież to twój przyjaciel.
- Mag, gdyby wszyscy myśleli w ten sposób, żylibyśmy w raju. Dobrze, że jesteś.
- To masz swój mały prywatny raj tu z nami. Enjoy! – pocałowała go w czubek głowy.
- Może już umarłem po prostu od tego kataru.
- Rozczaruję cię, ale nawet tak wyjątkowo straszny katar jak twój nie zagraża twojemu życiu. Za to twój głos z tą chrypką brzmi bardzo sexy… Fanki jutro oszaleją.
- Sugerujesz, że bez chrypki tak nie brzmi? – uśmiechnął się.

- Ty to powiedziałeś. – poczuła, jak ją uszczypnął w odwecie, ale oddała mu tylko poczochraniem po włosach. Za chwilę znowu usnął.

czwartek, 5 czerwca 2014

36.


I wanted to say you’re just so cool…

Przywykła tak bardzo do życia w Niemczech, że zaczynała czuć się tam naprawdę u siebie. Lekcje niemieckiego przynosiły efekty i coraz częściej odzywała się właśnie w tym języku w codziennych sytuacjach. Złapała dobry kontakt z ludźmi ze swojej grupy i czasem szli razem po zajęciach na kawę albo na piwo. Zaprzyjaźniła się też z dziewczyną mieszkającą piętro niżej w jej bloku. Zaczęło się od jej psa, zaczepiającego Magdę, kiedy szła rano do pracy, bo wtedy najczęściej się mijały się na klatce, a teraz często wpadały do siebie w jakiejś sprawie albo tak po prostu, pogadać, albo podzielić się ciastem czy sałatką i przy okazji poplotkować. Carla też nie była miejscowa, przeprowadziła się tam wiele lat temu z Czech z rodziną, a potem usamodzielniła. Z Magdą porozumiewały się najczęściej w kombinacji czterech języków: polskiego, czeskiego, angielskiego i niemieckiego, bo Carla nie była za dobra w angielskim, zaś niemiecki Magdy dopiero teraz zaczynał nadawać się do czegokolwiek. Paddy uwielbiał słuchać ich rozmów, kiedy czasem znajdował się w ich towarzystwie, nawet nie próbował wchodzić w rolę tłumacza, bo za dobrze się bawił obserwując ich wysiłki. Sam nieraz wtrącał coś po polsku, co akurat mu się przypomniało, ale jeśli nie było to „Kocham cię Polska”, to raczej nie miał pojęcia, co mówi. Magda uczyła go wytrwale różnych zwrotów i słówek, ale marne przynosiło to efekty.

Teraz akurat pakował się przed trasą w Belgii, więc chodziła za nim i nazywała po polsku to, co akurat wkładał do torby, a on usiłował powtarzać, z różnym skutkiem. Skontrolowała stan wciskanych właśnie masowo T-shirtów, po czym z wymownym spojrzeniem wyjęła je, przeprasowała, poskładała i spakowała raz jeszcze.
- Co ja bym bez ciebie zrobił? – cmoknął ją w policzek, śmiejąc się z jej min.
- Wzbudzał powszechną litość.
Para zwiniętych w kulkę skarpetek poleciała w jej stronę.
- O nie! Mam nadzieję, że przynajmniej czyste!
- Nie wiem, nie sprawdzałem! Ale w razie czego możesz wyprać, skoro tak dobrze się odnajdujesz w obowiązkach domowych…
- Ty niewdzięczny, złośliwy … - nie dokończyła, bo jedna wielka ręka zasłoniła jej usta, a druga zaczęła łaskotać. Prawie się przewrócili, walcząc i wygłupiając, aż w końcu Paddy złapał Magdę, przerzucił ją sobie przez ramię i w asyście jej pisków i wyrywania się wyniósł do sypialni. Zrzucił ją na łóżko i zabierał się za kolejną falę łaskotania, ale ubłagała go, żeby przestał.
- Wariat! – powiedziała, cała czerwona i potargana.
- Ale wygrałem!
- Przemocą! A to się nie liczy. – nadąsała się jak mała dziewczynka.
- Oj, no już, masz rację, walczyłaś dzielnie. – cmoknął ją w przedramię, bo akurat na tej wysokości miał głowę. – Strasznie dziwnie będzie mi bez ciebie przez te parę dni. Nie lubię się z tobą rozstawać.
- Ja też tego nie lubię… Ale to tylko niecałe trzy dni. Już w piątek się zobaczymy. – koncert co prawda musiał zostać odwołany, ale i tak jechała do niego.
- Przyjadę po ciebie na lotnisko i pójdziemy gdzieś na kolację?
- Jasne.

Ułożył się z głową na jej brzuchu, zaczęła więc głaskać go po włosach. Rozmawiali chwilę o bardziej szczegółowych planach Paddy’ego na te najbliższe dni, potem upewnili się, że już wszystko ma spakowane i Magda zaczęła się zbierać do wyjścia. Przypomniało jej się, że ma coś dla niego na złagodzenie tęsknoty. Wręczyła mu papierową torebkę. W środku była mała poduszka w pluszowej poszewce, taka w sam raz do zabierania ze sobą w podróż i książka, którą dawno już chciała mu dać do przeczytania z jej notatkami, zakreśleniami, a w paru miejscach liścikami do niego, o czym jeszcze nie wiedział. Ucieszył się bardzo z tych drobiazgów. Przytulili się mocno i pocałowali czule.
- Dzwoń jak tylko będziesz mógł. I baw się dobrze.
- Dzięki. Będę dzwonił. Uważaj na siebie.

- Ty też.

środa, 4 czerwca 2014

35.


I love as a fool…
           
Dennis pełnił funkcję szofera i podwiózł ich do centrum miasta, pod hotel, który nie wyglądał ani tanio, ani skromnie. Spojrzała pytająco na Paddy’ego, ale on tylko się uśmiechnął. Pożegnali się z Dennisem i wysiedli. Minęli główne wejście i szli w stronę tyłu budynku. Tam Paddy otworzył zupełnie niepozorne drzwi i weszli do korytarza, a z niego do windy. Wjechali na samą górę i wysiedli w pięknej, nowocześnie, ale przytulnie urządzonej restauracji, całej przeszklonej, żeby można było swobodnie podziwiać panoramę miasta. Sympatyczna kelnerka wskazała im ustronne miejsce przy samym oknie, skąd widać było nie tylko miasto, ale i morze…
- I jak? – zapytał Paddy, uśmiechając się szeroko. Cały czas obserwował jej reakcje, więc doskonale wiedział, że jest zachwycona.
- Pięknie… Przepięknie, skąd znasz to miejsce? – patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami.
- Szukałem czegoś odpowiedniego i natknąłem się na nie.
- Stolik pewnie też sam wybrałeś?
- Oczywiście. – dotknął jej dłoni, splatając jej palce ze swoimi.
- Jest taka polska piosenka… powtarza się w niej wers „Tu… jestem w niebie”*… Tak się teraz czuję.
- W tym miejscu?
- Też. – rzuciła mu znaczące spojrzenie. Podniósł jej dłoń do ust.
- Bardzo chciałem, żebyś tak właśnie się czuła.
- Zazwyczaj czuję się tak przy tobie.
Poruszyły go jej słowa. Odkrywał w sobie przy niej takiego mężczyznę, którym zawsze chciał być. I ona go w nim widziała.
- To jest dla mnie ogromny komplement. – powiedział.

Magda nie wiedziała już, który widok ma podziwiać – czy ten za oknem, który teraz, przy zachodzie słońca, stał się jeszcze bardziej urzekający, czy ten na wprost siebie – ukochanej twarzy, dwojga zapatrzonych w nią oczu o tak unikatowym kolorze, niesfornych włosów, w które ciągle miała ochotę zagłębiać dłoń. Oba były równie atrakcyjne, ale tylko jeden z nich sprawiał, że jej tętno przyspieszało, a wszystkie zmysły zaczynały żyć własnym życiem. Usta Paddy’ego wędrowały po jej dłoni, palcach, nadgarstku… Nie pomagało jej to skoncentrować się na czymkolwiek innym. Dopiero kelnerka stawiająca przed nimi talerze z jedzeniem i dolewająca im wina przywróciła ich do rzeczywistości.
- A skąd pomysł z sukienką? – zapytała znad sałatki.
- To akurat wyszło zupełnie przypadkowo. Spotkałem raz Patricię na zakupach i pokazała mi ją mówiąc, że jej zdaniem bardzo pasowałaby do ciebie.
- Naprawdę? Patricia pomyślała o czymś takim?
- No tak, ona lubi czasem zabawić się w stylistkę. I kiedy to powiedziała, zaczął mi się układać w głowie cały plan z niespodzianką.
- I plan wypalił. Do ostatniego momentu, w pokoju Alexa, prawie niczego nie podejrzewałam.
- Prawie?  - zmarszczył brwi.
- Myślałam sobie, że może coś zaplanowałeś na ten dzień, ale nie byłam pewna. A na pewno nie spodziewałam się, że to będzie coś na taką skalę.

Zjedli, wypili jeszcze kilka kieliszków wina, którego działanie Magda czuła w sobie dość wyraźnie. Paddy chyba też i stwierdzili, że wystarczy. Wyszli na taras widokowy. Robiło się ciemno i światła miasta rozbłyskały powoli, zmieniając krajobraz na nocny. Stanęła przy barierce, delikatny wietrzyk muskał jej twarz. Paddy wtulił się w nią od tyłu, opierając głowę na jej ramieniu. Głaskała jego dłonie, przesuwając po nich delikatnie opuszkami palców. W odpowiedzi poczuła jego usta na swoim uchu, szyi, ramieniu. Przeszedł ją dreszcz. On od razu to wyczuł i obrócił ją przodem do siebie. Ich usta zjednoczyły się natychmiast w gorącym, dzikim tańcu, jego dłonie raz obejmowały jej ramiona, raz błądziły po plecach, potem czuła je przesuwające się niżej na pupę, aż w końcu zacisnęły się w pięści na materiale jej sukienki, na wysokości bioder. Ona przywarła do niego całą sobą. Westchnął, kiedy jej język przesunął się zmysłowo po jego szyi, tuż przy uchu. Zaczął głaskać ją powolnymi ruchami po plecach, jakby próbując uspokoić szalejące w nich pożądanie. Wiedzieli, że działają na siebie z niesamowitą siłą, że heroicznym prawie wysiłkiem jest nie posunąć się dalej w takich momentach. Pragnęła go tak… Jak jeszcze nigdy nikogo, miała ochotę błagać go, żeby nie przestawał, nie kończył…
On jakby słyszał ten krzyk, bo znowu wpił się w jej usta, jednym ramieniem osłaniając ją od barierki, drugą rękę za to przesuwając w stronę piersi. Kiedy jego palce zacisnęły się na niej, badając jej kształt i miękkość, a ich świadomość ograniczała się do spotęgowanego do ostatnich granic pragnienia bliskości, skrzypnęły drzwi prowadzące na taras i do ich uszu dotarł gwar rozmowy wychodzących na niego ludzi. Odsunęli się od siebie na bezpieczniejszą odległość, a dłonie Paddy’ego złapały teraz Magdę mocno w talii. Popatrzyli sobie w oczy i uśmiechnęli się. Stali w na tyle odosobnionej części tarasu, że pozostali amatorzy pięknych widoków nawet nie zwrócili na nich uwagi.

- Co ty ze mną robisz? – zapytał tonem na pewno nie zniechęcającym do dalszego robienia z nim właśnie tego…
- Ja? – odpowiedziała tonem niewiniątka. – To ty robisz to ze mną…
 Kiedy ich tętna, oddech i kolory na twarzach wróciły do względnej normy, usiedli sobie na ławeczce, a Paddy sięgnął nagle do wewnętrznej kieszeni marynarki.
- Z tego wszystkiego zapomniałbym o prezencie.
- Jak to o prezencie? Przecież dostałam już tyle prezentów dzisiaj…
- Nie, nie, to była tylko otoczka do prezentu. Proszę.  – podał jej szarą kopertę formatu A5. Zajrzała ciekawie do środka i wyjęła przewodnik „Po najpiękniejszych zakątkach Irlandii”. Serce w niej podskoczyło.
- Mam nadzieję, że domyślasz się, że nie chodzi o przewodnik. – roześmiała się na to wyjaśnienie.
- Tak, domyślam się.
- Byłem u ciebie w pracy. Dokładnie za dwa miesiące możesz dostać dwa tygodnie urlopu. Ja też mam wtedy luźniejszy okres, więc pomyślałem, że jeden z tych tygodni zechcesz spędzić ze mną właśnie w Irlandii, a na drugi może pojedziemy razem do Polski?
Magda milczała. Analizowała, to co właśnie jej powiedział. Pomyślał absolutnie o wszystkim… Pamiętał ich rozmowę o Irlandii sprzed kilku miesięcy – że mimo iż była tam dwukrotnie, ciągle za nią tęskni, a nie ma okazji wrócić. Że kiedy następnym razem poleci do Polski, to już z nim. Wszystko uwzględnił, zgrał i zaplanował.
- Jesteś niesamowity… Mam wrażenie, że obrałeś sobie za cel spełnienie absolutnie wszystkich moich marzeń i zachcianek… - zupełnie nieplanowanie oczy jej się zaszkliły.
- Kochanie… Chcę robić wszystko, żebyś była szczęśliwa. I to jest czysty egoizm, bo jeśli ty jesteś szczęśliwa, ja też jestem. Bardzo jestem z siebie zadowolony, kiedy uda mi się wywołać takie reakcje u ciebie. – mrugnął. – Tak więc, jeśli nie chcesz, żebym chodził smutny, po prostu ciesz się prezentem.
- Co za przewrotna teoria… - roześmiała się.
- Jest w niej więcej prawdy, niż może się wydawać.

Potem zrobili wstępny plan wycieczki do Irlandii, chociaż wiedzieli, że przez te dwa miesiące jeszcze sto razy go zmodyfikują. Były jednak takie miejsca, co do których mieli pewność, że chcą je odwiedzić. Chciała poznać ojczyznę Paddy’ego widzianą jego oczami, on natomiast był ciekawy miejsc, w których była Magda, bo akurat zachodu nie znał za dobrze. Mogli być więc sobie nawzajem przewodnikami.

            Wrócili do swoich mieszkań taksówką. Magda długo nie mogła zasnąć, przypominając sobie wszystkie chwile i słowa, które tego dnia padły. Przez nadmiar wrażeń zupełnie nie „ogarnęła” swojego telefonu, na wyświetlaczu którego widniało teraz mnóstwo nieodebranych połączeń i wiadomości. Oddzwoniła do tych, o których wiedziała, że nie śpią i podziękowała za życzenia smsowe. Po chwili napisała jeszcze jedną wiadomość: „Jeszcze raz dziękuję za dzisiaj. Było idealnie.” Odpisał: „Kocham cię. Dobranoc.”


*Republika „Tu jestem w niebie”

wtorek, 3 czerwca 2014

34.


No one but you…

Kiedy weszli do Patricii, stali już z Dennisem przy drzwiach, gotowi do wyjścia.
- Dzieciaki są w ogrodzie, jedzenie dla nich w kuchni, mogą przez godzinę oglądać telewizję, a najpóźniej o 21:00 powinni pójść spać. – wymieniła jak z automatu.
- Ok. Damy sobie radę. – zapewniła Magda.
- No. To my lecimy.
Chwilę po ich wyjściu wpadł Alex i powiedział:
- Ciocia, zobacz, co zbudowaliśmy! Zrobisz nam zdjęcie z góry? Z mojego pokoju będzie widać najlepiej, proszę, proszę…
Magda pokręciła głową z uśmiechem i zgodziła się uwiecznić wiekopomną fortecę z lotu ptaka. Weszła na górę, a tabliczka „Tu rządzi Alex” natychmiast ułatwiła jej zadanie wyboru pokoju. Otworzyła drzwi i już chciała się skierować w stronę okna, kiedy jej spojrzenie przyciągnęło coś leżącego na łóżku. Sukienka. Obok łóżka buty. Kartka: „Mag: krok 1. Przebierz się i czekaj na dalsze wytyczne.” Uśmiechnęła się z niedowierzaniem i podeszła jednak do okna. Pomachał jej stamtąd roześmiany Alex i schował się do domu.
Przebrała się więc. Sukienka leżała idealnie. Buty też. Przejrzała się w lustrze. Miała potargane od wiatru włosy i prawie zerowy makijaż, tylko rzęsy i trochę pudru. Niezbyt się to komponowało ze strojem. Jak na zamówienie rozległo się pukanie do drzwi i weszła Kira z kosmetyczką, prostownicą i innymi niezbędnymi sprzętami.
- Nic ci nie powiem. – zastrzegła od razu. – Wykonam tylko swoją misję i uciekam.

Niecałe pół godziny później Magda podziwiała efekt pracy Kiry, kiedy ta położyła coś na biurku i szybko wyszła. Kolejna karteczka: „Krok 2. Zejdź na dół.” No tak. Otworzyła drzwi i kiedy tylko stanęła przy schodach, z dołu rozległo się gromkie: „Niespodzianka!!!” i wszyscy osiągalni tego dnia w okolicy Kelly z przyległościami zaczęli jej śpiewać ‘Happy Birthday’. Schodziła powoli po schodach ciesząc się tym widokiem. Za moment Patricia wniosła ogromny tort, a Paddy strzelił szampanem.
- Ciocia, ciocia, musisz zdmuchnąć świeczki! – podpowiadały jej podekscytowane dzieciaki. Wszystkie chciały jej pomagać, co akurat było wskazane, bo świeczek na torcie było baaardzo dużo. „Nie mogli sobie darować i włożyć jednej, symbolicznie?” pomyślała z przekąsem. Policzyła do trzech i w asyście chyba z siedmiu par młodych płucek zdmuchnęli wszystko za jednym zamachem. Roześmiała się na dźwięk gromkich braw z tego powodu.


Potem nastąpiła litania życzeń, toastów, dzielenie tortu, dostała nawet laurki od dzieci. Co jakiś czas łapała kontakt wzrokowy z Paddy’m, który, też przebrany w bardziej elegancki strój – jasne spodnie i szarą marynarkę, przyglądał się temu, uszczęśliwiony. Kiedy już wszystko się uspokoiło, podziękowała im serdecznie, zapewniła, że zaskoczyli ją totalnie i dodała, że nieźli z nich aktorzy. Następnie Paddy podszedł do niej i powiedział, że to nie koniec, a właściwie dopiero początek i teraz zabiera ją na właściwe świętowanie jej urodzin. Kiwnął głową Dennisowi i wyszli realizować krok 3.

33.


I just wanna be with you all the time…

            Poniedziałkowy wieczór był cudowny. Całą drogę z Magdy pracy do domu Paddy’ego buzie im się nie zamykały, gadali jedno przez drugie, nadrabiając zaległości. Zatrzymali się w sklepie po wino i pieczywo, resztę Paddy podobno przygotował. Ostrzegł ją, że nie zdążył wypracować aż takiego efektu jak przy okazji poprzedniej kolacji, ale Magda nawet cieszyła się, że będzie tak zwyczajnie. Czyli zupełnie niezwykle, bo ten jego przeplatający się artystyczno-muzyczny świat był dla niej czymś fascynującym. Zostawił ją w pokoju z obrazami z soboty i poszedł do kuchni po jedzenie i naczynia. Oglądała sobie wszystko, próbując zrozumieć i zinterpretować, a potem konfrontowała z autorem swoje teorie. Na widok jedzenia zamyśliła się nagle.
- Paddy… przecież ja przywiozłam całą masę jedzenia z Polski… Które teraz leży sobie spokojnie w lodówce… Jak mogłam o tym zapomnieć?!
Paddy się roześmiał.
- No nie wiem, zakochana jesteś, czy coś? – rzuciła w niego poduszką. – Nic się nie martw. – uchylił się od ciosu. – Jutro jemy u ciebie.

            Tak też zrobili i znów przez cały tydzień widzieli się codziennie. Któregoś dnia dostała w prezencie płytę z tą piosenką napisaną dla niej. Miała tytuł ‘The Urge’ i była w dwóch wersjach. Pierwsza, z wieloma instrumentami i chórkami, brzmiała jak na płytę, ta druga - tylko Paddy z gitarą, podobała jej się bardziej. Była bardziej osobista. Nie zabrakło nawet specjalnie zaprojektowanej okładki z rysunkiem Paddy’ego i ręcznie wypisaną dedykacją: ‘With love – Paddy’.

            Omawiali też szczegóły przyszłotygodniowej trasy po Belgii i ustalili, że Magda doleci do nich w piątek po pracy. Będzie na wieczornym koncercie i potem całą sobotę spędzą już razem. Paddy do niczego jej nie namawiał, ale sama bardzo chciała towarzyszyć mu tam choć na chwilę, a wiedziała, że jest to dla niego ważne.

            W najbliższą sobotę wypadały Magdy urodziny. Nie mówiła nic Paddy’emu, ale sądziła, że on wie. Nie zdradzał się z niczym, ale mógł planować jakąś niespodziankę. W piątek wieczorem jednak zadzwoniła do niej Patricia i zapytała, czy nie mogłaby posiedzieć z dzieciakami w sobotę po południu, bo mają z Dennisem rocznicę ślubu i chcieliby gdzieś sobie wyjść. Magda zgodziła się, informując o tym w miarę szybko Paddy’ego na wypadek gdyby coś jednak szykował. On stwierdził, że ok i oczywiście jej potowarzyszy.

            Spotkali się wcześniej i poszli na spacer po plaży. Paddy nie był w najlepszym humorze, bo coś się skomplikowało w kwestii promocji płyty, a do tego jeden z koncertów w Belgii stanął pod znakiem zapytania i to ten piątkowy, na który Magda miała przyjechać. Wysłuchała cierpliwie wszystkich szczegółów i żali, po czym oberwało jej się za zadanie nie takiego pytania jak trzeba („przecież przed chwilą to tłumaczył, więc po co znów o to pyta?!”). Jego ton i mina były, najdelikatniej mówiąc, odpychające… Stwierdziła, że w takim razie nie będzie już o nic pytać i zapadła chwila ciężkiego milczenia. Szli obok siebie, nawet się nie dotykając. Parę razy widziała go już w studio wkurzonego, ale nigdy ta złość nie była wycelowana w nią. Niby nie stało się nic strasznego, ale jakaś granica została przekroczona. Do tej pory odzywali się do siebie z ogromnym szacunkiem, ważąc słowa i panując nad tonem.

            Zastanawiała się, czy na dłuższą metę da się uniknąć takiego wybuchania na siebie złością i nie hamowania się zupełnie. Znała tylko jeden, może dwa związki, w których się to udawało. Nie da się zupełnie nie kłócić, czasem wręcz trzeba, ale właśnie postawić pewne nieprzekraczalne granice – to jest do zrobienia. Paddy nagle zatrzymał się i stanął przed nią. Popatrzył jej w oczy tak smutnym spojrzeniem, że od razu mu wybaczyła.
- Przepraszam cię, kochanie… Nie miałem prawa tak się do ciebie odezwać… - ciągle jej nie dotykał. Teraz chyba po prostu nie miał śmiałości.
Westchnęła cicho i powiedziała po prostu:
- Nie ma problemu.
- Naprawdę przepraszam, nie chcę nigdy tak z tobą rozmawiać, ale wiesz, że czasem nie panuję nad tym. Będę się bardziej starał, obiecuję.
- Paddy, wszystko w porządku. Już nic nie pamiętam. – uśmiechnęła się. – Przytulisz mnie wreszcie?
Popatrzył na nią z ulgą i przyciągnął ją do siebie. Stali tak dłuższą chwilę czekając, aż faktycznie opadną wszystkie te złe emocje.
- Kocham cię, wiesz? – wyszeptał. – Kocham cię tak bardzo… I nie chcę cię ranić, a pewnie zrobię to jeszcze nie raz. Czemu tak musi być?
- Bo jesteśmy ludźmi? Grzesznikami. Ja też cię pewnie nie raz zranię… Ważne jest to, co zrobimy z tym później. Jeśli będziemy gotowi ciągle sobie wybaczać, to da się żyć… - poczochrała go po włosach. – Ale myślę, że można się starać ranić się jak najmniej. A Pan Bóg wspiera takie szlachetne inicjatywy.
- Dobrze, że On jest.
- Całe szczęście. I wiesz co?
- Co?
- Ja też cię bardzo kocham.
Paddy uśmiechnął się wreszcie po swojemu, prawie zgniótł ją w uścisku, odebrał dech pocałunkiem, a potem popędzili do Patricii, bo było już bardzo późno…